Branża turystyczna przegrała opłatę turystyczną. Przyszedł rząd i pozamiatał
Sejm znowelizował ustawę o podatkach i opłatach lokalnych. Istotą zmiany było rozszerzenie możliwości pobierania przez samorządy gmin opłaty miejscowej, zwanej też potocznie opłatą turystyczną. Drobny zabieg w istniejących przepisach - zniesienie obowiązku legitymowania się przez gminę powietrzem odpowiedniej czystości - pozwala wielu samorządom (w tym np.w Krakowie, Zakopanem czy Sopocie) wprowadzić opłatę od każdego turysty i od każdego jego noclegu.
Branża turystyczna od lat nie tylko wskazywała, jak łatwo można poprawić przepisy, ale i szeroko dyskutowała o samej istocie opłaty turystycznej. Dla wszystkich było jasne, że przynajmniej część z tak zebranych dochodów powinno trafić na promocję turystyki. Skoro to turystyka zarabia, opłata powinna ją wzmocnić, by biznes - ku pożytkowi wszystkich Polaków - kręcił się coraz lepiej.
Taką propozycję złożył w Sejmie wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś. Według niego podział środków powinien wynieść: 80 procent (gmina), 18 procent (Polska Organizacja Turystyczna), 2 procent (inkasent). I wtedy obudził się rząd. Premier Donald Tusk na wiecu z kandydatką KO na prezydenta Krakowa obiecał mieszkańcom, że dostaną 100 procent opłaty. I w ciągu kilkudziesięciu godzin większość rządowa takie rozwiązanie uchwaliła.
Branża turystyczna została z niczym. Wszystkie konsultacje, narady, apele i głosy poszły do kosza. I tak, wielka polityka zgasiła wielkie nadzieje.