W półmroku sali kinowej szesnastoletni Bret ogląda gorącą filmową nowość:
"Lśnienie" Stanleya Kubricka. Częściej jednak niż na ekran patrzy kilka rzędów dalej. Tam, nieco na prawo od niego, siedzi najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego Bret widział w swoim krótkim, ale wypełnionym dekadencją życiu.
Z kina Bret wychodzi przekonany, że stało się coś bardzo ważnego. Jest rok 1980, przed sobą ma kilka dekad wypełnionych pisarstwem, za sobą zaś egzystencję pełną przywilejów. Niebawem, w wieku 21 lat, wyda swoją pierwszą powieść, która w 1987 roku zostanie zekranizowana, z Robertem Downeyem Jr. w jednej z głównych ról. Na razie jednak
Bret Easton Ellis chce pisać jak
Joan Didion: celnie i oszczędnie. I przy okazji przeżyć.
Los Angeles początku lat 80. przypomina niekończące się bachanalia. Bret wkrótce ukończy liceum, a wraz z nim zakończy się jego dzieciństwo. Jak sam jednak zauważa, dopiero po latach zrozumie, że właśnie wtedy nastąpił ten moment przejścia. Ironicznie komentuje z offu, że dziś dzieciaki mają trudniej. Zmagają się z cyberprzemocą i instagramowymi wymogami estetycznymi. Ellis i jego znajomi musieli jednak walczyć z seryjnymi mordercami.
I kto miał gorzej?
W brawurowym serialu "Strzępy"
Ryan Murphy i Bret Easton Ellis wspólnie ekranizują monumentalną, autobiograficzną metapowieść Ellisa. Co ważne – autofikcję. Efekt jest piorunujący, choć serialowe "Strzępy" zalatują kiczem, lakierem do włosów, nastoletnim potem i – jak to u Murphy'ego – seksem. Całość zachowuje jednak melancholijny sznyt powieściowych "Strzępów", a serialowy Bret trafnie komentuje otaczającą go rzeczywistość. Jest jak turysta we własnym świecie: zdystansowany, lekko nieobecny. Do czasu.
Cała recenzja serialu "Strzępy" na Wyborczej.pl