Poniedziałek, 13 lipca 2026

Jarek Szubrycht
dziennikarz działu Kultura

Na parkietach w nadmorskich kurortach królują hity z recyklingu.

Nowości? Każdy słucha czegoś innego.

Gdyby jednak wakacyjne przeboje wciąż się pojawiały, ten sezon mógłby należeć do Fenixa Flexina i jego "RUBBERZ". Kłopot w tym, że to chyba nie jego dzieło.

Fenixomar Rypinski – nie mam pojęcia, po co mu pseudonim, z takimi personaliami – jest 30-letnim artystą z Los Angeles. Dotąd w grupie (Shoreline Mafia) i solo zajmował się rapowaniem o seksie dosadnym językiem amerykańskiej ulicy. Miał swoją publiczność, choć żadna z niego gwiazda. Na początku czerwca opublikował jednak piosenkę, która podbiła internet.

Rypinski wydał pastisz radiowej playlisty z lat 80., coś jakby znudzony Morrissey próbował w barze karaoke przymierzyć się do materiału Bronski Beat. Licznik oficjalnych odtworzeń pokazuje już dziesiątki milionów, a udostępnień, cytatów i przeróbek nie sposób zliczyć.

Od przebojów letnich dyskotek więcej wymagać nie trzeba, tyle tylko, że nikt wcześniej nie słyszał Flexina śpiewającego – na pewno nie takim głosem, nie z angielskim akcentem. Anonimowy internetowy komentariat, wsparty przez licznych artystów i producentów muzyki, orzekł, że "RUBBERZ" wypluła sztuczna inteligencja.

Chociaż Flexin zaprzecza – nawet wrzucił do sieci nagranie, w którym rzekomo wykonuje piosenkę na żywo (a brzmi to i wygląda jak stuprocentowy playback) – nikogo nie przekonał. Dyskutuje się głównie o tym, czy całą piosenkę napisała i wykonała AI, czy może Amerykanin trochę jej pomógł. Ci, którzy uważają, że to jednak twór człowieka, mają ciekawe argumenty. Twierdzą na przykład, że to piosenka zbyt dziwaczna, może nawet zbyt żenująca, jak na twór maszynowy.

Co dalej? Najciekawsze w tej burzy w szklance wody jest to, że chyba nic.

Jeśli nawet Fenix Flexin jest autorem prompta, nie piosenki, nie będzie z tego afery na miarę Milli Vanilli. Spodziewam się raczej, że jego sukces ośmieli innych ostrożnie utalentowanych artystów do szukania popularności na rympał, bo przecież zwycięzców się nie sądzi. Przyszło nowe i tęsknotą za starymi porządkami czasu nie cofniemy.

Jeśli natomiast ktoś chciałby posłuchać muzyki na pewno tworzonej i wykonywanej przez ludzi, pozwolę sobie polecić płytę "The Anthology of UnAmerican Folk Music", z którą spędziłem cały weekend. Fenomenalna amerykańska gitarzystka Marisa Anderson tłumaczy na język amerykańskiego folku melodie pochodzące z krajów, które mieszkańcom Stanów Zjednoczonych przedstawiane były (lub są) jako wrogie, a przynajmniej podejrzane – od byłego imperium sowieckiego po Bliski Wschód.

Kiedy człowiek próbuje skomunikować się z innym człowiekiem za pomocą sztuki, AI jest bezużyteczna. 

NIE PRZEGAP

DO POCZYTANIA

POLECAMY