Poniedziałek, 22 czerwca 2026

Natalia Waloch
dziennikarka Wysokich Obcasów


Właśnie po raz kolejny dostałam od operatora mojej sieci telefonicznej wiadomość z reklamą systemu do śledzenia bliskich. Jest to oczywiście sprzedawane nam jako coś, co ma zwiększyć bezpieczeństwo i spokój w rodzinie. Szczerze? Nie kupuję tego. Uważam, że pod spodem jest chęć żerowania po pierwsze na naszej potencjalnej nieufności wobec partnera, po drugie na wszelkich matczynych i ojcowskich lękach, po trzecie na naszej neurotycznej potrzebie kontroli.  

Zostawmy partnerów, żony i mężów, spójrzmy na rodzicielstwo. Jasne, że wszyscy drżymy o nasze dzieciaki: żeby nie spadł z drzewa, żeby nie wjechała na hulajnodze pod samochód, żeby ktoś nie pobił, nie porwał, nie skrzywdził. To naturalne lęki matek i ojców. Pytanie jednak, co z nimi robimy.  

Z tego, co się rozglądam po świecie, dajemy się po całości wpuszczać w kanał, w którym dzieci stają się zakładnikami dorosłych - nie tylko rodziców, ale też trenerów, instruktorów, opiekunów. Nic dziś nie sprzyja dziecięcej wolności. Miasta zbudowane są tak, że coraz trudniej dzieciakom swobodnie się po nich poruszać samodzielnie: żeby matka wypuściła bardzo małe dziecko na plac zabaw, plac zabaw musi być pod oknami. Nie ma go, bo deweloperzy wolą zbudować więcej parkingów, ale też przyznajmy: czesto i my nie chcemy mieć piaskownicy i huśtawek pod oknami.  

W wyniku różnych procesów, nasz pradziadek jako szczyl latał swobodnie w promieniu 10 km od domu, dziadek miał do penetrowania teren o promieniu 1,6 km, a dzisiejsze dziecko ma smycz długości 300 m. No, lipa, przyznacie.  
Rodzice szkolniaków mają Librusa, gdzie też można nad dzieckiem sprawować kontrolę non stop. Wreszcie mamy model, w którym nikt nie powinien być wolny od kultury zapie..., pardon, ciężkiej pracy, i wozimy te nasze dzieci (bo przecież nie puścimy samych autobusem!) na treningi, warsztaty, sekcje, ćwiczenia i kursy, gdzie płynnie przejmują je inni dorośli uprzednio dokładnie przez nas sprawdzeni.  

Nauka zaczęła badać, jak to wszystko ma się do ewidentnego i przytłaczającego rozmiarami kryzysu zdrowia psychicznego dzieci. Otóż, okazuje się, że ma. Opublikowana w 2022 r. we “Frontiers in Psychology” analiza 38 badań dotyczących nadopiekuńczości i zdrowia psychicznego dzieci oraz młodych dorosłych wykazała, że istnieje związek nadopiekuńczości ze wyższym poziomem lęku i depresji u dziecka. Nowsza jest metanaliza z tego roku opublikowana w Clinical Child and Family Psychology Review. Tu badacze przyjrzeli się tzw. intrusive parenting, czyli nadopiekuńczości połączonej ze sporą kontrolą oraz ingerowaniem w autonomię dziecka. Tu również wyszła nam korelacja z występowaniem u młodych lęku, osłabieniem umiejętności regulowania emocji, większą podatnością na trudne stany psychiczne. Zaznaczmy, że korelacja nie oznacza ścisłego związku przyczynowo-skutkowego. Do tego potrzeba dalszych dokładniejszych badań. Poza tym na rozwój dziecka wypływa tyle czynników, że na pewno nie można wskazać jednego, który odpowiadał będzie za skłonność do depresji czy innych zaburzeń. Niemniej nie jest trudno na zdrowy rozsądek czy też zwykłą intuicję wyczuć, że coś na rzeczy jest.

Każdy człowiek kontrolowany, choćby to było tylko pozornie neutralne częste doglądanie go, zaczyna czuć się nie dość kompetentny, by coś zrobić. Pomyślcie, jak byście się czuły, gdyby teściowa non stop zaglądała i patrzyła, jak składacie pranie. No właśnie.  

Myślę, że dzisiejszy świat, przynajmniej ten nasz tutaj, jest bezpieczniejszy niż kiedykolwiek, a na pewno nasze dzieci żyją w miastach bezpieczniejszych niż nasi pradziadkowie na początku XX w. Niemal wszędzie są sygnalizacje świetlne, co krok jest jakaś kamera a to przy Żabce, a to przy parkingu. Świadomość ludzi jest diametralnie różna od tej sprzed dekad, gdy o pedofilii nikt nie mówił głośno. Wierzę też, że jest wśród ludzi wyższa wrażliwość, choć lubimy przykłady o powszechnej znieczulicy. Nie wydaje mi się jednak, żeby dziś małe dziecko pałętające się późnym wieczorem po osiedlu nie zostało wzięte pod opiekę sąsiadki wyprowadzającej akurat psa.  

Oczywiście, że lokalizacja dziecka w telefonie jest przydatna, nie jestem jej przeciwniczką, bo jest to coś, co w podbramkowej sytuacji może bardzo pomóc. Nie wydaje mi się jednak, żeby było dobrym pomysłem sprawdzanie kilka razy dziennie, czy dziecko doszło do szkoły, zeszło już z boiska, czy wraca z marketu do domu. Podobnie nie wydaje mi się dobrym pomysłem stanie nad dzieciakiem na placu zabaw, gdy zaczyna się wspinać, bujać i skakać. Widzę w tym bardziej przekaz “sam nie dasz rady” niż “martwię się o ciebie”, a taki komunikat od mamy czy taty nie zaskutkuje niczym dobrym. Gdybym miała sprowadzić to do życiowej praktyki, powiedziałabym tak: najpoważniejsze urazy moje dzieci odniosły, gdy byłam tuż obok. To mnie nauczyło oddalania się. Nie ma przecież znaczenia, czy córka spadnie z drzewa, gdy będę dwa metry od niego czy dziesięć, więc może niech włazi sobie na nie spokojnie i gada do koleżanek nieskrępowana bez krycia się przed matką.  

Zmierzam do tego, że dzieci jak my wszyscy potrzebują wolności. To oznacza też wolność od dorosłych z rodzicami na czele. Myślę, że wakacje to świetny czas na wolność.

POLECAMY

Polska szkoła nie dla chłopców. "Wbrew pozorom nie są dziś na uprzywilejowanej pozycji"
'Wracamy tutaj do równości. Powinniśmy z jednakowym zaangażowaniem wsłuchiwać się w potrzeby zarówno chłopców, jak i dziewczynek. I to nie tylko, dlatego, że nikogo tym nie krzywdzimy, ale też żeby właśnie krzywdy wobec tych dzieci uniknąć'. O tym, co musi zmienić się w polskiej szkole, aby uczyli się w niej szczęśliwi chłopcy, pytamy psycholożkę Marynę Filipiak.
CZYTAJ WIĘCEJ

SPOŁECZEŃSTWO

BYĆ RODZICEM

REKOMENDACJE DLA CIEBIE