Mam słabość do programów telewizyjnych, w których ludzie dobierają się w pary. W liceum pasjami oglądałam “Randkę w ciemno”. Z przyjaciółką zasłaniałyśmy kocem telewizor, żeby lepiej wczuć się w sytuację kobiety, która na podstawie tonu głosu siedzących za zasłoną mężczyzn i wydeklamowanych odpowiedzi na trzy pytania, miała wybrać kawalera, z którym pojedzie – w zależności od tego, jak łaskawe będzie losowanie – na Wyspy Kanaryjskie lub do Ciechocinka. A potem znów zasłaniałyśmy - by wczuć się w sytuację mężczyzny, który wybierał wśród kobiet.
Wiele lat później wzdychałam do programu “Rolnik szuka żony”. Zachwycali mnie nie tyle gospodarze, którzy poprzez telewizję szukali kobiety swojego życia (w pierwszej serii przywilej ten dano wyłącznie mężczyznom), co sielskie krajobrazy kręconej z drona polskiej wsi, ciężkie od owoców drzewa w sadach, pogodne stada owiec. I ciepłe wnętrza polskich domów, czasem bardziej klasycznych, czasem nowoczesnych. Ach, jak bym chciała zasiąść przy takiej kuchennej ławie, poczęstować się kawałkiem jabłecznika i poplotkować o tym, co słychać u pozostałych par.
Nie obejrzałam wszystkich programów randkowych świata, nie ciągnęły mnie zagraniczne teleturnieje, ale wcale się nie wstydzę, że nie uroniłam ani jednej minuty ze “Ślubu od pierwszego wejrzenia”. Frapował mnie styl życia bohaterów tego show, którzy podróż poślubną w fascynujące miejsca lubili spędzać na jechaniu gdzieś samochodem, czekaniu na autobus lub na siedzeniu pod hotelem. Rozumiem, że tu chodzi o kwestie zgód, nie wszędzie można ot tak wparować z ekipą telewizyjną, a jednak efekt był zabawny. Podziwiałam odwagę zgłaszających się, bo montaż cuda wyczyniał z ich historiami, a plotkarski internet traktował wykreowane wizerunki jak prawdziwe. I parzyłam sobie uspokajające ziółka, gdy w finalnych odcinkach okazywało się, czy pary zostały ze sobą, czy nie.
Nigdy nie oczekiwałam, że telewizyjne show pozwoli mi zgłębić tajemnicę udanego związku - choć oczywiście spekulowałam na ten temat w gronie współoglądających. Psychologowie nie wyciągają z takich programów daleko idących wniosków, unikają diagnozowania uczestników na podstawie tego, co zobaczyli w zmontowanej produkcji.
Mówi o tym w rozmowie z Małgorzatą Jurek Katarzyna Kucewicz, psycholożka i psychoterapeutka. Rozmowa dotyczy “Love is blind”. To też oglądałam. Nie tylko mnie wydało się, że bohaterowie mają za sobą mnóstwo traumatycznych przeżyć - czyjaś mama młodo umarła, czyjś brat odebrał sobie życie, kogoś ojciec porzucił w dzieciństwie. Psycholożkę pyta o to dziennikarka.
A Kucewicz mówi: - To typowe historie przeciętnych rodzin, gdzie pojawia się choroba, śmierć, czasem przemoc, ale też miłość, wsparcie i oddanie. Czasem brakuje jednego rodzica, czasem rodzina nie akceptuje wyborów dziecka. To są doświadczenia wielu z nas. Po prostu życie. Nie miałam poczucia, że program epatował cierpieniem. Raczej pokazywał, że uczestnicy nie są papierowymi postaciami ani lalkami Barbie. Są realnymi ludźmi z krwi i kości - zaznacza.
Skąd więc wrażenie, że w “Love is Blind” tego cierpienia jest więcej? Zdaniem psychoterapeutki to może być efekt tego, że nasze postrzeganie rzeczywistości wykrzywiły serwisy społecznościowe - wolne od chorób, żałoby i trudnych relacji. I gdy nagle piękni ludzie zaczynają mówić o swoich problemach, efekt szokuje.
Programy randkowe nie podpowiedzą więc, co zwiedzać na Rodos, a co na Sycylii, nie przedstawią wszystkich trudów rolniczego fachu, ani nie dadzą recepty na życie. A jednak pokażą więcej prawdy o ludziach niż to, co wykreowane w soszialach. Oglądajmy je więc, jeśli lubimy. Można w czasie wolnym kibicować piłkarzom, można też kibicować miłości.