Sobota, 6 czerwca 2026

Natalia Mazur
redaktorka "Wysokich Obcasów"

- Jakąś dekadę temu – jeszcze zanim Instagram nałożył filtr tradwife na pracujące w domu kobiety – podczas pewnego festiwalu celebrującego wielokulturowość brałam udział w spotkaniu z dziewczyną, która przez małżeństwo weszła w konserwatywną społeczność. – Pracuję zawodowo, choć nie muszę. Obowiązkiem męża jest mnie utrzymać, a gdyby z jakichś względów nie dał rady, zobowiązanie spada na wspólnotę – opowiadała.
Ciekawa była reakcja publiczności – raczej progresywnej i feministycznej. Westchnęłyśmy tęsknie – niby każda po cichu, a zrobił się chór. Wiele z nas wzdychało z dystansem, może nawet ironicznie – jesteśmy świadome, z czym może się wiązać materialne uzależnienie od partnera. Ale cóż, tęsknimy za wolnością od materialnych trosk, od pogoni za kolejnymi zleceniami, martwienia się, czy wystarczy na ratę kredytu.

Skąd trend tradwife?
Trend tradwife, tradycyjnych żon, celuje w takie tęsknoty. Roztacza wizję życia, w którym twoim głównym zadaniem jest dbałość o estetykę śniadaniówek, wyłożenie szuflad papierem, upieczenie kurczaka i zrobienie paznokci. Rachunki bierze na siebie mąż. W wersji instagramowej, milczącej o kosztach, może to się wydać kuszące.
Zastanówmy się jednak poważnie: czy tradwife znajdzie tradhusbanda? Skoro ona ma być jak Betty Draper z „Mad Men", to czy on zgodzi się zostać Donem? Będzie na podwójnym etacie zarabiał na dom i na dzieci, najlepiej całą gromadkę? Zrezygnuje z budowania relacji z tymi dziećmi? W pojedynczych przypadkach to się uda, ludzie dokonują różnych życiowych wyborów. Tradwife może też wyjść za dziedzica majątku lub zamożnego przedsiębiorcę. Ale żeby trend mógł ponieść się szerzej, przedsiębiorca musiałby dwa razy więcej płacić pracownikom, a także zgodzić się na wyższy podatek, by z jednej pensji mógł dobrze żyć z rodziną także urzędnik, policjant i nauczyciel.

Znaczenie obecności
Tym, którym śni się, że zostaniemy tradycyjnymi żonami, nie chodzi jednak o wywrócenie kapitalistycznego porządku i zdjęcie z połowy ludzkości troski o finansowy byt. Celem jest pokazanie kobietom miejsca w szeregu. Mamy pracować zawodowo i czuć się nie na miejscu, pracować w domu – i czuć się niewystarczające. I przez to nie realizować swojego potencjału.
– Jeśli kobiety nie mają realnej władzy, jeśli ich praca i głos nie są cenione, jeśli nie uczestniczą w przywództwie i reprezentacji, demokracja staje się zagrożona – mówi Jennifer Siebel Newsom, z którą w najnowszym numerze „Wysokich Obcasów" rozmawia Joanna Wróżyńska. Pierwsza partnerka stanu Kalifornia podkreśla znaczenie publicznej obecności kobiet i dekonstruowania stereotypów na nasz temat.
Właśnie to staramy się robić w naszym tradycyjnym medium, kierowanym nie przez algorytm działający na potrzeby big techów, lecz przez grono redaktorek. Pokazujemy różnorodność kobiecych doświadczeń. Dziękujemy, że jesteście z nami!

W NAJNOWSZYM NUMERZE

Szwajcaria odebrała mnie matce. Moje akta to 800 stron skondensowanej nienawiści do dziecka
'Program Kinder der Landstrasse cieszył się ogromnym poparciem społecznym'. Miał na celu eliminację mniejszości narodowej Jeniszów ze Szwajcarii. W latach 1926-1973 około dwa tysiące dzieci zostało przymusowo odebranych rodzicom. Rozmowa z Uschi Waser, którą odebrano matce.
CZYTAJ WIĘCEJ

NIE PRZEGAP

WARTO PRZECZYTAĆ