TSUE o neosędziach, czyli w sprawie praworządności wciąż kręcimy się w kółko
To już nie te czasy, gdy sędziowie z Luksemburga wywracali nam stolik, a w Polsce zaczynało się rozkładanie orzeczenia na czynniki pierwsze i gorączkowe poszukiwanie wyjścia z sytuacji.
Z każdym głosem bezpośrednio lub pośrednio dotyczącym statusu tzw. neosędziów (jak powszechnie, choć zdaniem samych zainteresowanych – stygmatyzująco określa się osoby powołane na stanowiska sędziowskie po 2018 r., przy udziale kwestionowanej Krajowej Rady Sądownictwa) emocji jest coraz mniej, a wzruszania ramionami jakby coraz więcej. Nie dlatego, że wskazówki TSUE nie są ważkie. Przeciwnie. Po prostu nie potrafimy (lub nie chcemy) wyciągnąć z nich wniosków, a w konsekwencji w kwestii przywracania praworządności w praktyce nie posuwamy się ani o milimetr.
A przypomnę, że mamy w sądach ponad 3 tysiące sędziów o podważanym statusie. Strony (czy raczej: pechowcy), których sprawy trafiły w ręce takich orzeczników, wciąż nie mają pewności, czy wydane rozstrzygnięcia ostaną się w kolejnych instancjach.
We wtorek Wielka Izba TSUE, w ślad za opinią swojego rzecznika generalnego Deana Spielmanna, znów wylała kubeł zimnej wody na wszystkich uczestników polskiej wojenki o sądownictwo. I stwierdziła, że nieprawidłowość, której dopuszczono się przy powołaniu sędziego, nie wystarczy sama w sobie, aby stwierdzić, że sędzia ten nie jest niezawisły. Konieczna jest bowiem całościowa ocena wszystkich okoliczności towarzyszących procesowi nominacji.
Dla jednych to kolejny argument przeciwko weryfikacji statusu neosędziów, zwłaszcza gdyby miała przybrać formę automatyzmu. Dla innych dowód na to, że narracja o nienaruszalności prezydenckich powołań jest chybiona, bo podważać wątpliwe nominacje można, tylko ważąc i oceniając wszystkie kluczowe fakty.
„Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE potwierdza, że nadal mamy nierozwiązany problem systemowy w polskim sądownictwie i z tego powodu jest to zła wiadomość. Co do zasady orzeczenie to jednak niewiele zmienia” – stwierdził w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Krystian Markiewicz, nowowybrany sędzia Trybunału Konstytucyjnego i szef ustrojowej komisji kodyfikacyjnej.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że – jak często w przypadku stanowisk TSUE – każdy wyczytał i usłyszał to, co mu pasuje. Szans na oczekiwane gruntowne porządki w polskim wymiarze sprawiedliwości to niestety nie zwiększa.
Zresztą dziś oczy decydentów zwrócone były nie na Luksemburg, a przede wszystkim w kierunku Budapesztu. Tam, jak pisze w swojej korespondencji Jędrzej Bielecki „Przywódcy całej prorosyjskiej skrajnej prawicy Europy zjechali do węgierskiej stolicy, aby ratować premiera Węgier przed coraz bardziej prawdopodobną klęską wyborczą. A także prezydent Polski”.
Oby Karol Nawrocki nie zachłysnął się węgierskim modelem rządów prawa.