Ksiądz pedofil kontra kardynał Wojtyła
Ktoś mógłby to nazwać gotowym materiałem na scenariusz thrillera. Ktoś inny – jedną z najbardziej ponurych kart powojennych dziejów Kościoła katolickiego w Polsce. Oto pewien ksiądz przez kilkadziesiąt lat (!) krąży od parafii do parafii, od diecezji do diecezji, a jego drogę znaczą tragedie chłopców, których seksualnie wykorzystuje. Pedofilskie czyny wychodzą stopniowo na jaw, ba, trafia nawet za nie do więzienia, a jednak wciąż pozostaje kapłanem, wciąż dostaje nowe szanse na poprawę i wciąż znajduje sposoby, by pracować w pobliżu młodych ludzi.
Coś ta historia Państwu mówi? Słusznie, Tomasz Krzyżak i Piotr Litka opisali przypadek ks. Eugeniusza Surgenta w „Plusie Minusie” cztery lata temu. Wtedy jednak na część pytań nie mogli odpowiedzieć, bo zatrzaśnięte były przed nimi drzwi archiwum krakowskiej kurii. Kraków jest tu kluczowy, gdyż właśnie w tamtejszej archidiecezji najdłużej grasował ks. Surgent. Kto zaś był wtedy rządcą archidiecezji? Dochodzimy do najbardziej drażliwego dzisiaj aspektu tej sprawy.
Krzyżak i Litka wracają do niej, bo po latach uzyskali wreszcie dostęp do kurialnego archiwum. Wykonali benedyktyńską pracę przy przeczesywaniu akt, której efekty przedstawiamy Państwu w tym wydaniu „Plusa Minusa” wraz z próbą odpowiedzi na pytanie, czy arcybiskup, a potem kardynał Karol Wojtyła – bo to on był wtedy metropolitą krakowskim – mógł zrobić więcej, by powstrzymać pedofila. Wbrew tym, którzy chcieliby prostych odpowiedzi, autorzy tekstu pokazują, jak złożona była sytuacja, w której znajdował się Wojtyła, opisują kroki ponadstandardowe, jakie podejmował, ale i nie przemilczają decyzji, które go obciążają. Czy gdyby metropolita doprowadził do usunięcia ks. Surgenta ze stanu duchownego, zapobiegłoby to tragediom kolejnych chłopców, do których dobierał się pedofil w sutannie? Czy też, już jako osoba świecka, ale przecież wciąż zdolna do arcymanipulacji – co jasno wynika z akt – Surgent i tak znalazłby sposób, by dać upust swoim skłonnościom? Tego już się nie dowiemy.
Na facebookowym profilu mojego znajomego wywiązała się swego czasu dyskusja o ujawnianiu brzydkich postępków duchowieństwa. Zaapelował on do jednego ze znanych dziennikarzy, katolika, by przestał podejmować takie tematy i nie dokładał się do ogromnej liczby ataków na Kościół. Ktoś wtedy zauważył: A czy skrzywdzone seksualnie dzieci nie są Kościołem?
Z tym retorycznym pytaniem zostawiam samozwańczych obrońców Karola Wojtyły, którzy jakiekolwiek próby wyjaśnienia jego decyzji wobec pedofilów, nawet tak uczciwe, jak podjęta przez Krzyżaka i Litkę, chcieliby uznać za atak na Kościół właśnie.