Ile wojska powinno być w polskiej szkole? - okazją do zadania takiego pytania jest podsumowanie
programu „Edukacja z wojskiem”, który minister Barbara Nowacka i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz uznali za „absolutny sukces”. Wiemy już, że program będzie kontynuowany, a żołnierze staną się stałym elementem krajobrazu podstawówek.
W dotychczasowych edycjach żołnierze przeszkolili już ponad 210 tys. uczniów w blisko 7 tys. placówek. Zainteresowanie jest tak duże, że resorty musiały zwiększać limity naboru. Jednak dla wielu osób to informacja budząca opór. Dla zwolenników tego pomysłu - jedyna racjonalna odpowiedź na świat, który na naszych oczach wypadł z ram.
Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, że twarzą wprowadzania mundurowych do szkół podstawowych będzie polityczka wywodząca się z ruchów progresywnych i lewicowych. Barbara Nowacka, która buduje wizerunek szkoły opartej na „kulturze empatii”, prawach ucznia i inkluzywności, dziś z pełnym przekonaniem podpisuje porozumienia z MON.
To nie jest jednak przypadek ani polityczny błąd. To realizm AD 2026. Ministerstwo stoi przed karkołomnym zadaniem: jak uczyć dzieci empatii i dialogu w świecie, który coraz częściej mówi językiem siły? Nowacka argumentuje, że „bezpieczeństwo nie ma barw partyjnych”.
Program „Edukacja z wojskiem” to nie są - jak chcieliby krytycy - lekcje musztry dla dziesięciolatków. To trzygodzinne bloki, w których teoria miesza się z praktyką: od pierwszej pomocy i zasad ewakuacji, po nowości, takie jak reagowanie na niezidentyfikowane obiekty (drony) czy rozpoznawanie dezinformacji.
Jednak problem leży głębiej niż w samym sylabusie. Chodzi o „oswajanie” wojny. Przeciwnicy obecności wojska w szkołach podnoszą, że mundur w klasie normalizuje przemoc i militaryzuje dzieciństwo. Pytają: czy szkoła nie powinna być ostatnią „strefą zdemilitaryzowaną”, w której uczy się, że konflikty rozwiązuje się słowem, a nie siłą?
Z drugiej strony mamy pojęcie resilience - społecznej odporności. Psychologowie zauważają, że lęk przed wojną jest wśród dzieci powszechny, nakręcany przez algorytmy TikToka. Czy milczenie o zagrożeniach ten lęk redukuje? Resort obrony twierdzi, że jest odwrotnie: to konkretne umiejętności dają dziecku poczucie sprawstwa. „Wiem, co robić, gdy zawyje syrena” to komunikat silniejszy niż „wszystko będzie dobrze”.
Często piszemy o nowoczesnej edukacji, o ucieczce od pruskiego drylu i budowaniu kompetencji przyszłości. Dzisiejszy dylemat polega na tym, że jedną z tych kompetencji stało się... przetrwanie.
Czy jesteśmy świadkami powrotu do ducha przysposobienia obronnego z czasów PRL? Różnica jest zasadnicza: dzisiejsza edukacja z wojskiem stawia na obywatelskość i realne umiejętności ratownicze, a nie na ideologiczną podległość. Niemniej, granica między „edukacją o bezpieczeństwie” a „fascynacją siłą” jest cienka.
Jedni widzą w żołnierzach autorytety i źródło praktycznej wiedzy. Inni obawiają się, że „kultura moro” powoli wyprze to, o co walczyliśmy latami: szkołę jako przestrzeń wolną od lęku i militaryzmu.
Pisząc o tym temacie, nie możemy uciec od pytań do ministerstwa (na razie pozostających bez odpowiedzi):
Czy program obejmuje wsparcie psychologiczne dla dzieci z doświadczeniem uchodźczym (np. z Ukrainy), dla których widok munduru może być retraumatyzujący?
Czy szkoła empatii i szkoła przetrwania mogą współistnieć pod jednym dachem bez szkody dla rozwoju emocjonalnego ucznia?