Czy Biały Dom wie, dlaczego zaatakował Iran? Marco Rubio, sekretarz stanu, wyjaśnił (2.03), że
był to atak uprzedzający – reakcja na potencjalną reakcję Iranu, gdyby nastąpił atak USA lub Izraela. A byłaby ona – powiada Rubio – gorsza w skutkach niż obecna, ta odbywająca się w realnym świecie. Innymi słowy: „Gdybyśmy uderzyli na Iran, zareagowaliby z mocą. Dlatego uderzyliśmy, żeby zapobiec temu uderzeniu”. Dobrze by było, gdyby szef Departamentu Stanu posłuchał sam siebie.
Z kolei z wypowiedzi szefa Pentagonu – tego samego dnia – wynika, że Amerykanie zaatakowali Iran, żeby krzewić etos wojownika w amerykańskiej armii i prowadzić „uczciwą, niepoprawną politycznie” wojnę, mającą na celu wyeliminowanie arsenału militarnego Iranu, ale nie wymianę władzy w tym kraju. „Nie uprawiamy wojny o demokrację, która może nas zaprowadzić na manowce” – mówił Pete Hegseth, niższej rangi oficer i były prezenter telewizji Fox News, dziś kierujący największą armią świata. Z jego punktu widzenia najważniejsze, żeby armia amerykańska była „śmiercionośna, zdyscyplinowana i precyzyjna”. Naczelnik Departamentu Wojny pominął „incydent” zmiecenia przez Amerykanów z powierzchni ziemi szkoły podstawowej na południu Iranu, w której to masakrze zginęło prawdopodobnie 160 lub więcej osób.
Sam Trump, jak przypomina Maciej Czarnecki, nasz człowiek od Ameryki,
celowo podrzuca różne tropy. Na przykład chce odwrócić uwagę od słabych dla niego sondaży i od afery Epsteina. W obliczu nadchodzących wyborów połówkowych w USA pragnie też pokazać, że nie jest słabeuszem. Raz sugeruje zmianę władzy w Iranie, innym razem mówi o jej utrzymaniu – w wariancie bardziej spolegliwym wobec Ameryki. „Wiele wskazuje, że swoim zwyczajem improwizuje i sam nie wie, do czego doprowadzi wojna, którą rozpętał” – konkluduje Czarnecki.
A jednak, jak przekonuje Robert Stefanicki, za chaosem sianym globalnie przez Trumpa kryje się wielka wizja.
W wyśnionym przez Donalda Trumpa świecie, jak pisze nasz specjalista od Bliskiego i Dalekiego Wschodu, „Departament Stanu USA zmienia się w dział rozwoju biznesu, a polityka zagraniczna w zarządzanie łańcuchem dostaw. Trump jest dyrektorem ds. restrukturyzacji, z nieskrywanymi ambicjami na stanowisko prezesa świata (...). Pokój staje się towarem, na który USA mają monopol, a sojusznicy są klientami płacącymi abonament”.
Swoje biznesowe idee prezydent-biznesmen chce wcielić w życie w Gazie, gdzie nie ma mowy o niepodległości, autonomii, samostanowieniu narodu i tego typu staroświeckich konceptach, lecz raczej o restrukturyzacji przedsiębiorstwa, czyli zamianie terytorium na sieć luksusowych ośrodków wczasowych.
Transakcyjne podejście Trump stosuje wobec Wenezueli, Ukrainy (którą nazwał „krajem peryferyjnym”), Tajwanu, a obecnie także Iranu (a w dalszej kolejności być może zabierze się za Kubę). Iran po prostu, finansując swoich „podwykonawców” – Hamas, Huti, Hezbollah, którzy zakłócali łańcuchy dostaw, atakowali Izrael i bazy amerykańskie w regionie – obniżał m.in. wycenę projektu Riviery Trumpa-Kushnera w Gazie i stał na przeszkodzie w realizacji szerszych planów Trumpa, takich jak budowy rurociągów i szlaków handlowych łączących Indie z Europą przez Izrael i Emiraty czy przejęcie kontroli nad irańskimi złożami gazu i ropy.
„Atak na Iran nie jest wojną o wartości, lecz radykalnym usunięciem blokady, która uniemożliwiała domknięcie największych transakcji na Bliskim Wschodzie” – wywodzi Stefanicki. I przestrzega, że może jednak skończyć się tak, iż zamiast „nowego zarządu” w Teheranie USA otrzymają „pożar w magazynie”, czyli wojnę domową, radykalizację frakcji wojskowych, zamachy terrorystyczne. A to oznaczać będzie gigantyczne koszty przedsięwzięcia, na miarę nowego Afganistanu lub Iraku.