"Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz" - musiałam to słyszeć nie raz, a może nawet ktoś mi tak napisał w pamiętniku, ilustrując wpis własnoręcznym rysunkiem. Brzmi nam to, dorosłym, w głowach, choć życie uczy, że satysfakcja, dostatek i tytuły przypadają w udziale niekoniecznie tym, którzy dzieciństwo i młodość spędzali z nosem w książce. Życie uczy, że doskonałe oceny, przywilej noszenia "wzorowego ucznia" na fartuszku (tak, tak, były takie czasy) i świadectwo "z paskiem" to nie jest ani gwarancja sukcesu, ani nawet, po latach, powód do dumy. Niby coraz częściej mówimy sobie, że nie tędy droga. A w czerwcu, gdy przez internet niezmiennie przetacza się fala wpisów dumnych rodziców ze zdjęciami tych wymarzonych świadectw z wyróżnieniem, jednocześnie wzbiera też druga fala - głosów pełnych przygany i oburzenia, że nie wypada chwalić się nie swoim sukcesem, a w ogóle takie wpisy to obciach. Psychologowie powtarzają do znudzenia, że wywieranie presji, że ocenoza, że nie należy przeliczać wartości dziecka na stopnie. Wszystko na nic.
Na grupie rodzicielskiej w mediach społecznościowych nie sposób doprawdy przeoczyć momentu, gdy pojawiają się oceny z ważnej klasówki. Ważnej? Każda jest ważna. Tak przynajmniej wynika z emocji rodziców (a właściwie matek, bo ojcowie jakoś się nie emocjonują). "Co macie z matmy?", "Moja znów kiepsko", "Może jakieś korki, to będzie słabo" - klikają kolejne wpisy. Chcąc nie chcąc rzucam, co robiłam i sprawdzam w czeluściach dziennika elektronicznego, jaki dziecko będzie miało dzisiaj humor.
Bo humor dziecka zależy od ocen bardziej niż by chcieli ci, którzy piszą, że ocenoza nie jest fajna i przeliczać wartości na stopnie nie wolno. "Pół punktu więcej i byłaby piątka" - wzdycha znajoma nastolatka. "Pani przesadziła, bo co tydzień sprawdzian z biologii robi" - martwi się szóstoklasista i nie sposób go przekonać, że nie musi z każdego przynosić dobrych ocen. "Średnią zepsułam" - słyszałam w tym roku więcej razy niż powinnam.
Bo dzieci liczą średnie ważone i arytmetyczne, porównują, oceniają. "Martyna to ma dobrze, bo za każdą piątkę dostaje dziesięć złotych" - wyznała niedawno moja córka. Następnego dnia było jeszcze lepiej: "Julka dostanie Iphone'a, jak jej wyjdzie "pięć zero" na koniec roku".
Jak teraz słuchać ekspertów, którzy radzą, żeby powtarzać - i małym i dużym: "Jesteś wystarczająca"? Wystarczająca od średniej 4,5 w górę, czy może trzeba więcej? Wiem, potrzebujemy definicji sukcesu. Lubimy wiedzieć, odkąd dokąd. Możemy do upojenia słuchać i czytać, jak mądrze i zdrowo wychowywać dzieci. Ale ocenoza siedzi mocno, pruska szkoła ma się świetnie, a dzienniki elektroniczne i rodzicielskie grupy w socialach działają skuteczniej niż mocna kawa.
.