Sprzeciw wobec SAFE zdradza plany Jarosława Kaczyńskiego
Jeśli ktoś uważał, że polscy politycy są na tyle odpowiedzialni, że nie będą wykorzystywali kwestii bezpieczeństwa Polski w bieżących rozgrywkach politycznych, musiał być srogo zawiedziony. Okazało się bowiem, że tym, co podzieliło polską scenę polityczną jest europejski program pożyczkowy na rzecz obronności SAFE.
Najpierw do politycznej awantury SAFE wciągnął prezydent Karol Nawrocki, czyniąc go przedmiotem Rady Bezpieczeństwa Narodowego – obok m.in. wątpliwości związanych z biznesowymi kontaktami marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego. Wszelkie aspekty tych kontaktów powinny być wyjaśnione, ale nie przez RBN, lecz przez służby specjalne. Czynienie z tego przedmiotu rozważań Rady jest sprowadzaniem tej instytucji do roli zwyczajnej pałki, potrzebnej w politycznej bójce. No ale Karol Nawrocki ma spore doświadczenie w ustawkach...
Ale kropkę nad i postawił we czwartek Jarosław Kaczyński ogłaszając, że SAFE zagraża polskiej suwerenności. W efekcie podczas piątkowego głosowania w Sejmie posłowie PiS, podobnie jak zresztą posłowie Konfederacji byli przeciwko. „To już nie jest opozycja, to są wrogowie polskiej niepodległości” – napisał w serwisie X Donald Tusk po sejmowym głosowaniu.
I tak oto wyrosła nowa oś podziału: PiS, na spółkę z prezydentem, uważa, że SAFE zagraża naszej suwerenności, zaś Koalicja Obywatelska przekonuje, że kto głosuje przeciw SAFE, zagraża naszej niepodległości.
Przy okazji jednak prezes PiS się w pewnej mierze zdemaskował. Czego dotyczy bowiem spór? Komisja Europejska w programie zaszyła mechanizm warunkowości. Czyli jeśli jakiś kraj będzie miał problemy z praworządnością, Komisja będzie mogła wstrzymać wypłatę środków w tym wieloletnim planie. Jak słusznie zauważył Marek Kutarba, jeśli PiS chciałby powrócić do swoich planów całkowitego demontażu wymiaru sprawiedliwości po przejęciu władzy, KE mogłaby środki z SAFE zamrozić.
Ale można też na sprawę popatrzeć z drugiej strony. Tak, Jarosław Kaczyński ma rację. Bo on ma właśnie takie plany. On chce po ewentualnym powrocie do władzy iść z Brukselą na totalną wojnę, postawić na sojusz z USA, ale zerwać z Unią. Z pewnością chciałby zacząć od totalnej demolki w sądownictwie, a to zmusiłoby KE do reakcji. Więc ze swojego punktu widzenia postępuje racjonalnie. Nie chce sobie wiązać rąk. Ale przy okazji przyznaje się, jakie są jego prawdziwe intencje co do tego, co zrobić z Polską, jeśli wygra wybory.