Sobota, 7 lutego 2026

Paulina Reiter
redaktorka Wysokich Obcasów

„Kochanie, czy mogę cię śledzić?". Oczywiście, nikt tak nie zada tego pytania. Zapyta raczej: „Miła, czy udostępnisz mi swoją lokalizację?". Współczesna technologia pozwala, by smartfon drugiej osoby wysyłał sygnał, który będziemy mogły/mogli odczytać i sprawdzić, gdzie ta osoba jest. Ponieważ od samego tego pytania dostaję ciarek zgrozy, zaczynam zastanawiać się, kiedy to może mieć sens.

Zapewne, kiedy sprawa dotyczy dziecka, choć i to budzi moje wątpliwości – małe dziecko jest przecież pod opieką kogoś dorosłego, więc po co je śledzić? Może, kiedy zaczyna samo wracać ze szkoły i chcemy mieć pewność, że dotarło bez szwanku do domu. Dodam, że miałam już opór na poziomie internetowych dostępów do dzienników szkolnych typu Librus – co za koszmar dla dziecka i dla rodzica, być wiecznie pod kontrolą, być wiecznie nadzorcą. A duże dziecko ma chyba prawo do jakiejś swobody.

Może, kiedy osoba starsza zaczyna mieć demencję, chorobę Alzheimera? Tak, to ma sens. A kiedy parter wyrusza samotnie w jakąś podróż? To również wydaje się sensowne, jeśli sam poprosi o to, dla własnego poczucia bezpieczeństwa.
Rozmawiam z moimi znajomymi i słyszę, że to wygodne. Można sprawdzić, kiedy mąż/żona będzie w domu, i wstawić obiad. Ale czy nie można po prostu zadzwonić albo wysłać wiadomość: „Kochanie, będę za 10 minut". Dla wygody dać się tak inwigilować?

W tym numerze przeczytacie rozmowę Pauli Szewczyk z psycholożką, terapeutką par Violettą Miętką o ludziach, którzy chcą obserwować partnera bądź partnerkę. Analizuje ona motywy, jakie mogą stać za taką potrzebą. Jeśli jest to poczucie bezpieczeństwa, to zapytajmy siebie, co sprawia, że mi go brakuje. A może chodzi o brak zaufania? Tym gorzej, prawda?

Moja znajoma mówi mi, że jest wręcz przeciwnie – że jest to wyraz zaufania. Ona sama udostępnia swoją lokalizację przyjaciółce. Zaczęło się od potrzeby poczucia bezpieczeństwa – jeśli szła na randkę, chciała, by ktoś wiedział, gdzie jest. Ale teraz jest im po prostu wygodniej – gdy się spotykają, mogą sprawdzić, kiedy druga będzie na miejscu.

Być może reaguję na to wszystko tak źle, bo wychowałam się w latach 80., bez nadzoru. Mówiliśmy z bratem, że wychodzimy, i znikaliśmy na całe godziny, włócząc się po okolicznych podwórkach całą bandą.

Gdyby partner zaproponował mi śledzenie, byłoby to dla mnie podejrzane – pomyślałabym, że chce mnie kontrolować. Przestrzenie wolności i intymności, które nam zostały, są i tak coraz mniejsze.

Cóż, dziś mówię tak, a jutro być może będę śpiewać inaczej. Gdyby ktoś dwadzieścia lat temu powiedział mi, że będę publicznie udostępniać swoje zdjęcia z wakacji, zdjęcia piesków, zachwyty nad jakimś daniem w restauracji, czy wyznawać miłość ukochanemu, to bym w to nie uwierzyła. A jednak robię to, i to nie pod przymusem, lecz dobrowolnie.

W NAJNOWSZYM NUMERZE

Chcę widzieć w telefonie, gdzie jesteś, bo się troszczę? Intencja może być inna
Naciskanie na udostępnianie lokalizacji może wywołać w drugiej stronie obawy, że będzie ona służyć głównie jako narzędzie kontroli. Rozmowa z psycholożką Violettą Miętką.
CZYTAJ WIĘCEJ

NIE PRZEGAP