Niedziela, 1 lutego 2026

Katarzyna Seiler
redaktorka "Wysokich Obcasów"

Dokładnie pamiętam moment, kiedy telefon komórkowy pojawił się w moim życiu. Miał nieproporcjonalnie duże klawisze w stosunku do wąskiego ekranu, ale jak na późne lata 90. wyglądał całkiem zgrabnie. Jego zaawansowane – jak na tamte czasy – funkcje znacząco usprawniły moją codzienność. Dzięki temu, że potrafił dzwonić i wysyłać SMS-y, mogłam kontaktować się z rodzicami z ferii zimowych, kiedy tylko chciałam. Wysyłałam im dwuzdaniowe wiadomości, w których każde słowo oddzielałam znakiem „+", bo nie potrafiłam znaleźć spacji.

Od tamtej zimy minęło 28 lat. W tym czasie komórki przestały być telefonami, a stały się smartfonami. Najpierw długo zachwycaliśmy się tą rewolucją: noszeniem całego świata w kieszeni, tym, że nie potrzebujemy już profesjonalnych aparatów ani osobnych odtwarzaczy muzyki. Z czasem dzwonienie i pisanie SMS-ów przestało mieć znaczenie. Wszystkie te usprawnienia rzeczywiście zmieniły nasze życie, to nie ulega dyskusji. Ale czy wyłącznie na lepsze?

Dziś wszystko, co związane ze smartfonami, brzmi tak, jakbyśmy rozmawiali nie o przydatnym gadżecie, lecz o pandemii szkodliwego wirusa. Gdy spotykam się ze znajomymi, temat cyfrowych detoksów powraca jak bumerang. „Jak odpocząć od telefonu i powiadomień na urlopie? Masz jakąś apkę, która pomaga ci odłożyć telefon?" – pyta koleżanka. Czasami śmiejemy się jak zwolennicy teorii spiskowych: „Czy on naprawdę nas podsłuchuje?". Wczoraj rozmawialiśmy o zakupie posłania dla psa, a dziś reklamy wyskakują nam wszędzie.

Z Hollywood spływają doniesienia, że twórcy filmowi i serialowi rzekomo dostają wytyczne, by fabuły były nieskomplikowane i powtarzane na głos przez aktorów w trakcie filmu – tak, aby widzowie mogli nadążyć, bo wiadomo już, że większość z nich nie potrafi skupić się tylko na ekranie telewizora. Muszą w międzyczasie doomscrollować.

Doomscrollowanie to stan, w którym bezwiednie przewijamy zawartość portali społecznościowych i serwisów internetowych, kompletnie się w tym zatracając. Przeskakujemy od jednej rolki na Instagramie do kolejnej, obiecując sobie: „Zaraz odłożę telefon i pójdę spać", a tymczasem to „zaraz" trwa godzinę albo dwie. Na wirusa doomscrollowania nie ma szczepionki. Ulegają mu młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, rolnicy i filozofowie. Ostatnio przyznała się do tego nawet Margaret Atwood. Katie Drummond z „Wired" opowiadała pisarce, że jej mąż nie śpi do drugiej w nocy, bo przegląda internet. „Powiedz mu, że kiedy wstanie rano, to wszystko nadal tam będzie" – radziła Atwood. „A ty kiedy doomscrollujesz?" – dopytywała dziennikarka. „Nocami" – padła błyskawiczna odpowiedź.

W NAJNOWSZYM NUMERZE

Dlaczego im więcej doomscrollujemy, tym gorzej rozumiemy rzeczywistość
- Nie wchodzimy głębiej, nie czytamy. Niczym kury do dziobania informacji, przechodzimy od ziarenka do ziarenka. Tymczasem te ziarenka w nas zostają i budują obraz świata - rozmowa z medioznawczynią Magdaleną Bigaj.
CZYTAJ WIĘCEJ

NIE PRZEGAP

WARTO PRZECZYTAĆ