Wyobraźcie sobie taką sytuację. Wchodzicie do ginekologa, siadacie na fotelu, lekarz Was bada i po namyśle mówi "Wstydliwe usta ma Pani zaczerwienione, prawdopodobnie rozwija się infekcja". Ja pewnie parsknęłabym śmiechem lub szeroko otworzyła oczy.
A dla Holenderek ta sytuacja i użyty przez ginekologa termin byłby całkowicie normalne. Jak to możliwe?
Holenderskie określenie warg sromowych brzmi „schaamlippen", co można dosłownie przetłumaczyć jako „wstydliwe usta".
Organizacje działające na rzecz praw kobiet od dawna domagały się zmiany tej terminologii.
Wargi sromowe w Holandii owiane wstydem
W 2024 roku kilka grup aktywistów połączyło siły i rozpoczęło kampanię "Schaamteloos" (z niderlandzkiego: bezczelna lub bezwstydna), w której przeciwstawiali się nazywaniu w taki sposób warg sromowych. Wskazywali na to, że takie słowa mają wielki wpływ na codzienne życie kobiet, potęgując poczucie wstydu związane z ciałem. W ramach kampanii zorganizowany został marsz w Utrechcie.
- Język kształtuje sposób, w jaki postrzegamy samych siebie - mówiła Shari Klein, jedna z założycielek kampanii "Schaamteloos".
Pod naciskiem społecznym w sierpniu główny holenderski słownik "Dikke van Dale" poinformował, że w swoim najnowszym wydaniu internetowym, obok tradycyjnego terminu „schaamlippen" umieścił nowe określenie na wargi sromowe: „vulvalippen".
- Cieszę się, że Holendrzy mają teraz do dyspozycji termin neutralny, o podłożu anatomicznym. Nie muszą posługiwać się już słowem podświadomie kojarzącym się ze wstydem – podkreślała Shari Klein.
Ton den Boon, redaktor słownika, uważa, że dodanie słowa "vulvalippen" było już bardzo potrzebne. Od wielu lat pojawiało się w mowie potocznej. Używały go media, autorzy podręczników biologii i ulotek medycznych.
W Niemczech słowniki jeszcze się opierają
Holenderscy aktywiści wzięli przykład z niemieckich. W 2018 r. niemieccy dziennikarze Gunda Windmüller i Mithu Sanyal rozpoczęli zbiórkę podpisów pod petycją domagającą się zmiany terminu „schamlippen" na „vulvalippen".
Niestety, w Niemczech określenie „vulvalippen" nie znalazło się jeszcze w żadnym słowniku. Ale dzięki kampaniom przebiło się do języka potocznego i stosowane jest w rozmowach, podręcznikach szkolnych i czasopismach kobiecych.
W Polsce podobny problem dotyczy słowa "srom". Określenie to w dawnej polszczyźnie oznaczało wstyd, hańbę lub niesławę.
- Kobiety odcinają się od tego słowa, bo ma negatywne konotacje. Słowo „srom" oznacza wstyd, a sromotny to wstydliwy. Stąd te wszystkie sromotne klęski czy muchomor sromotnikowy. Iwona Demko, artystka, jest jednak entuzjastką tego słowa. Ja nie. Iwona sięga do bardzo zamierzchłych czasów, do zapomnianej konotacji powiązanej z pradawnym obyczajem ana-suromai, czyli pełnego dumy gestu zadzierania spódnic i pokazywania narządów płciowych żołnierzom, którzy próbowali zawłaszczać kolejne tereny - mówiła w Wysokich Obcasach Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna, autorka wielu książek o seksualności.
I dodawała: - W ten sposób kobiety podkreślały swoją potęgę, pokazywały miejsce, z którego żołnierze się narodzili, które dało im początek. Tym gestem mówiły: „Nam zawdzięczasz życie, a teraz idziesz zabijać?". Srom miał ich zawstydzać. One urodziły mężczyzn, którzy szli zadawać śmierć i się na nią narażać. Iwona próbuje odzyskać to słowo, bo straciło swoje pierwotne znaczenie. Chodziło o zawstydzenie kogoś, a w czasach nowożytnych nabrało znaczenia wstydzenia się. Mnie nie dziwi, że kobiety nie chcą mieć „sromu" między nogami. Nie chcą tego „wstydu". Dlatego jestem propagatorką współczesnego określenia stosowanego w medycynie.