Niespodzianka: AI nie musi osiągnąć samoświadomości i opanować zarządzania, żeby część menedżerów straciła robotę.
Wystarczy, że pięć osób zacznie robić to, do czego wcześniej potrzeba było ośmiu. I tak w paru zespołach. Zespoły robią się mniejsze, mniej trzeba koordynować i zatrudniać, więc… po co nam aż tylu menedżerów?
Nie wydarzy się to jutro i nie wydarzy się wszędzie. Ale się wydarzy. Oczywiście, nie wszystkim po równo - zjawisko obejmie właściwie wyłącznie menedżerów słabych, początkujących i przeciętnych.
Co gorsza, reprezentant tego zagrożonego wyginięciem gatunku często wygląda jak… bohater. Jest najbardziej zajętą osobą w zespole. Wieczorami kończy własną pracę, bo wcześniej przez kilka godzin pomagał innym wykonywać ich.
Firma nie płaci mu jednak za heroizm. Płaci za to, żeby zespół dowoził.
Jeśli poprawiasz po pracownikach, nie musi to oznaczać, że im nie ufasz. Może masz wyższy standard, potrafisz rozróżnić dobrą robotę od złej. Być może, dzięki temu i temu, że dowoziłeś, zostałeś menedżerem. Tyle że w zarządzaniu właśnie to działa przeciwko Tobie.
Każda poprawka zrobiona za pracownika i każda decyzja podjęta w jego imieniu uczą zespół jednego: jeżeli zrobi się trudno, szef uratuje sytuację. Nie trzeba się starać aż tak bardzo, nie wyjdziemy na aż takich idiotów, gdy zrobi się gorąco.
Na krótką metę ratujesz wynik. Na dłuższą kupujesz sobie ten sam problem na jutro. Dlatego nie zastanawiałbym się, czy AI zastąpi menedżerów.
Zastanowiłbym się, za którego menedżera firma przestanie chcieć płacić.
Najcenniejszy będzie menedżer, dzięki któremu pięć osób naprawdę wykonuje pracę ośmiu - i to nie dlatego, że on sam robi nadgodziny.
Tyle że takiego zarządzania też trzeba się nauczyć. A nikt nie uczy się go za darmo.
Płaci firma: Nietrafioną rekrutacją. Klientem straconym przez problem, którego nikt nie zgłosił na czas. Dobrym pracownikiem, który miesiącami nie dostawał uczciwego feedbacku. Albo Ty: Karierą gorszą niż mógłbyś mieć i kolejnymi wieczorami spędzonymi na poprawianiu rzeczy, które powinny być wystarczająco dobre - ale nie są.
Można taniej. Można skorzystać z wniosków, za które wcześniej zapłaciły inne firmy.
Zarówno ja, jak i Michał Budniak, pracowaliśmy z właścicielami, zarządami i zespołami setek organizacji. Widzieliśmy dyrektora, który pół dnia pomagał handlowcom i nie miał już czasu zarządzać sprzedażą. Firmę, która trzeci raz zatrudniała osobę do tej samej źle zdefiniowanej roli. Zespół, w którym problem stał się widoczny dopiero wtedy, gdy kluczowy klient lub pracownik zapowiedział odejście.
Podczas dwóch dni pokażemy Ci, od czego takie sytuacje tak naprawdę się zaczynają.
Przejdziesz przez zatrudnianie i onboarding, cele, delegowanie, feedback, spotkania, powtarzające się błędy, plany naprawcze, zwalnianie oraz podział pracy między menedżera, pracownika i sztuczną inteligencję.
Jedna właściwie przeprowadzona rekrutacja może oszczędzić firmie miesięcy złych wyników. Jedna trudna rozmowa odbyta na czas może zatrzymać problem, zanim zacznie obciążać cały zespół. Jeden dobry standard może oddać Ci godziny, które dzisiaj przeznaczasz na pilnowanie i poprawianie.
Możesz zbierać te lekcje przez kolejne lata. Możesz też dostać wnioski od ludzi, którzy widzieli te błędy wielokrotnie.