Ilu znasz właścicieli firm, którzy potrafią w środku wakacji spakować walizkę, wrzucić telefon do sejfu i zniknąć na 2 tygodnie, a po powrocie zastać zespół, który sam zamknął dwa strategiczne kontrakty i wykręcił najwyższą marżę
w kwartale?
Ja znam wielu właścicieli, ale na pewno mniejszość potrafiłaby wykonać tę sztuczkę. Oczywiście, wśród piszących bzdury na Linkedin konsensus brzmi: “zautomatyzowałem pół firmy, drugie pół działa jak dobrze naoliwiona maszyna, bo nasze procesy zostały spisane i są stosowane przez pracowników co do litery”.
OK, ile firm widziałeś od środka?
A ile z nich było choćby zbliżone do tego ideału?
Żadna? Ale to pewnie tylko dlatego, że oglądałeś mało firm i akurat te, które widziałeś, nie były super ogarnięte. Na pewno. Ale wróćmy do urlopów.
Jeśli na samą myśl o całkowitym odcięciu się od firmy automatycznie kalkulujesz straty to gratulacje. Właśnie zdiagnozowałeś największe ryzyko - czai się w lustrze.
Większość właścicieli firm, których znasz, to ludzie żyjący pod permanentną presją. Czasami ona jest realna. Czasami istnieje tylko w ich głowie - ale i tak ciąży. Gdybyś przeszedł się teraz po odpowiednio luksusowym kurorcie, na plaży spotkasz dwa skrajnie różne profile przedsiębiorców.
Pierwszy typ wyjechał na urlop, ale jego głowa ciągle siedzi w robocie. Obiecywał rodzinie, że tym razem naprawdę odpuści. I minął się z prawdą... Siedzi na leżaku i zamiast patrzeć na morze, jest w smartfonie, ale nie wykonuje ruchu charakterystycznego dla przewijania timeline’u, tylko raczej pisze albo rozmawia przez telefon. Stworzył biznes, który bez jego codziennego, operacyjnego zaangażowania po prostu umrze. Ma mniej luzu psychicznego niż jego najmłodszy pracownik, który zamyka laptopa o 17:00, o 17:08 odpala pierwsze piwo na tylnym siedzeniu samochodu kumpla, z którym jedzie na Mazury, gdzie przez 2 tygodnie nawet nie będzie pamiętał, jak nazywa się firma, w której pracuje.
Nie mówię tego z wyższością, tylko z podziwem. Jestem przedstawicielem grupy pomiędzy nimi, mam dobre pomysły i czytam na urlopie książki, które prowokują mnie do myślenia, więc lubię godzinę albo dwie dziennie popracować.
Drugi typ po prostu znika na pewien czas. Jego jedynym zmartwieniem jest to, czy w restauracji podadzą świeżą rybę (podadzą, zawsze podają). Wie, że marketing nie potrzebuje jego twarzy codziennie, by generować leady, a sprzedaż działa niezależnie od tego, czy on siedzi w biurze we Wrocławiu, czy na drugim końcu świata.
Większość czytających ten newsletter bardzo chce być w tej drugiej grupie, ale wciąż jest w tej pierwszej. Dlaczego?
Na ogół to jest jakaś kombinacja niedojrzałego zespołu, niedostatecznej ilości delegowania, etapu rozwoju firmy i przekonania o własnej niezastępowalności. Będąc w środku tej sytuacji, nie zobaczysz, jak z tego wyjść. Potrzebujesz kogoś, kto wejdzie do twojej firmy z boku i trzeźwo popatrzy na tę sytuację. W Casbeg robimy dokładnie to. Układamy marketing, sprzedaż i strukturę tak, żeby firma w końcu zaczęła działać BEZ ciebie. Naprawdę się na tym znamy, o czym świadczy moja sukcesja, która miała miejsce lata temu (i kilkanaście innych, które przeprowadziliśmy od tej pory).
A jeśli chcesz wiedzieć dokładnie, jak działa Casbeg - obejrzyj ten film.