Poniedziałek, 15 czerwca 2026
wicenaczelny Gazety Wyborczej
Niewyobrażalne rosyjskie barbarzyństwo. Podczas nocnego nalotu na Kijów Rosja zaatakowała Ławrę Peczerską, jeden z najważniejszych obiektów religijnych w historii wschodniego chrześcijaństwa, wpisany przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa. Są ranni i zabici.

Przez lata Rosja twierdziła, że nie może pozwolić Ukrainie na pełną suwerenność i integrację z Zachodem, bo właśnie nad Dnieprem znajdują się jej korzenie, których nie może stracić. Wszak Moskwa była niegdyś małą osadą na krańcach średniowiecznej Rusi Kijowskiej. A kijowska Ławra Peczerska – wyróżniający się złotymi kopułami tysiącletni klasztorny kompleks – była dla prawosławnych takim religijnym symbolem, jak Częstochowa jest świętym miejscem dla polskich katolików. W piątym roku wojny Putin na historię napluł. Na zabytek spadły pociski, powodując znaczne zniszczenia. Władca Kremla najwyraźniej pogodził się z tym, że Kijowa nie zajmie. Skoro na symbolicznym obiekcie nie jest w stanie położyć ręki, to postanowił go zniszczyć.

Neron, Hitler, Putin – taka wyliczanka sama ciśnie się na usta. A to niestety jeszcze nie koniec wojny. Rosyjska propaganda wobec niepowodzeń na froncie i załamania się zaopatrzenia wzywa do użycia broni jądrowej.

Może na Bliskim Wschodzie będzie spokojniej. Donald Trump dogadał się z Irańczykami w sprawie wstrzymania ognia i otwarcia strategicznej cieśniny Ormuz dla żeglugi. Warunki porozumienia są zasadniczo takie, że Iran dostanie dużo pieniędzy, a sytuacja wróci do stanu sprzed czterech miesięcy. Trump pokonał Iran militarnie, ale politycznie ewidentnie przegrał.

Czasu na refleksję ma niewiele. W niedzielę obchodził na gali MMA osiemdziesiąte urodziny. Z tej okazji do Waszyngtonu przyjechał nasz prezydent Karol Nawrocki. Liczył na spotkanie w cztery oczy, ale się przeliczył. Jego pierwszą rozmowę z Trumpem oglądaliśmy na żywo. Trwała półtorej minuty. Druga rozmowa, według prezydenckiego ministra Marcina Przydacza, miała trwać długo, ale nie ma po niej żadnego śladu – ani fotografii, ani wpisu na stronie Białego Domu. Nawet Przydacza na niej nie było, bo prezydent mógł zabrać ze sobą jedną osobę towarzyszącą i akurat był nią znajomy bokser, a nie minister. Ech, panie ministrze, komu pan te bajki wciska…
To dzięki osobom, które subskrybują Wyborcza.pl, możemy tworzyć nie tylko ten newsletter, ale też reportaże, wywiady i śledztwa. Dziękujemy! Jeśli jeszcze nie masz prenumeraty cyfrowej, sprawdź aktualne promocje TUTAJ.
TEMATY DNIA
NIE PRZEGAP
DAJ SIĘ WCIĄGNĄĆ