Krótkie ogłoszenie: zostało ostatnie miejsce: od chaosu do jasnej struktury marki i biznesu
z decyzjami, planem i realnym ruchem. Rezerwuj B&B SPRINT, a za miesiąc będziesz mieć system, w którym marka, oferta i komunikacja pracują razem — i przekładają się na rosnący przychód. A teraz zapraszam do lektury!
Przez chwilę wyglądało to tak, jakby AI miała wreszcie rozwiązać odwieczny, marketingowy ból głowy. Problemy pod tytułem: „nie mamy pomysłu, nie mamy czasu, nie mamy z czego zrobić treści”. Tylko że dziś, po tej pierwszej fali zachwytu, coraz wyraźniej widać, że dostaliśmy nie cudowne lekarstwo, ale raczej przemysłową maszynę do produkcji komunikacyjnych klonów. Szybką, imponującą, widowiskową, a zarazem groźnie skłonną do tego, by zapełnić internet treściami, które są poprawne, wygładzone, rytmiczne i niemal zupełnie bezkrwiste.
McKinsey pokazuje, że AI weszła do organizacji szerokim frontem, a Deloitte opisuje obecną fazę jako przejście od entuzjazmu i hype’u do „positive pragmatism”, czyli stanu, w którym firmy przestają już mówić o magii i zaczynają pytać o sens, wartość, ryzyko i ROI.
I tu właśnie zaczyna się problem, a zarazem szansa dla marek osobistych i biznesów usługowych. W świecie, w którym niemal każdy potrafi wygenerować pięćdziesiąt postów na tydzień, sama zdolność do produkowania contentu przestaje być przewagą. Staje się jak kran z letnią wodą — użyteczny, powszechny, łatwo dostępny i absolutnie niewystarczający, jeśli próbujesz dzięki niemu ugasić głębsze pragnienie odbiorcy, którym nie jest kolejna porcja „5 tipów”, ale poczucie: „ta osoba naprawdę rozumie mój problem”.
To dlatego tak trafne staje się dziś stwierdzenie, że content jest towarem, a przewagą nie jest jego ilość, lecz kontekst, charakter, wgląd i relacja, która zostaje po kontakcie z treścią. To nie jest romantyczna tęsknota za dawnym internetem, tylko chłodna diagnoza rynku.
Platformy dodatkowo przestawiły zasady gry, bo Facebook i Instagram działają dziś coraz bardziej jak silniki odkrywania treści, a nie jak pocztówki wysyłane do własnych obserwujących. Meta wprost tłumaczy, że jej systemy AI przewidują, jak wartościowy może być dany materiał dla użytkownika, i że jednym z takich predyktorów jest prawdopodobieństwo udostępnienia posta. Innymi słowy: algorytm patrzy nie tylko na to, co publikujesz, ale przede wszystkim na to, co ta publikacja uruchamia w człowieku.
Dlatego właśnie AI nie zabije strategii, ale zabije leniwe myślenie o strategii.
Jeżeli komunikacja marki sprowadza się do planu: „wygeneruj, opublikuj, zaplanuj na trzy tygodnie, nie zaglądaj”, to marka zaczyna przypominać hotelowe lobby o trzeciej nad ranem — wszystko jest czyste, ładne, dobrze oświetlone, tylko nikt tam naprawdę nie mieszka.
Klient to czuje, nawet jeśli nie umie tego nazwać. I nie jest to już tylko kwestia nostalgii za autentycznością, ale kwestia rosnącego kryzysu zaufania wobec AI i cyfrowych treści.
Według Salesforce 61% klientów uważa, że rozwój AI sprawia, iż zaufanie do firm jest jeszcze ważniejsze, tylko że jednocześnie zaledwie 42% ufa firmom w etycznym użyciu AI, a 71% chce, aby wynik AI został zweryfikowany przez człowieka. Edelman dodaje, że globalnie tylko 44% ludzi czuje się komfortowo z użyciem AI przez biznes, a kobiety należą do grup mniej skłonnych do zaufania tej technologii.
Do tego dochodzi drugi, bardzo praktyczny wymiar: przejrzystość. Salesforce raportuje, że 72% klientów uważa za ważne, by wiedzieć, czy rozmawia z agentem AI, a Meta od 2024 roku rozwija etykiety „AI info” dla treści organicznych i reklamowych właśnie po to, by dać użytkownikom więcej kontekstu o tym, czy i jak AI była użyta. Adobe z kolei pokazuje, że 52% konsumentów obawia się, iż z powodu AI będzie otrzymywać mylące lub nieprawidłowe informacje, a w badaniu dotyczącym autentyczności w erze AI aż 94% respondentów deklarowało obawę, że dezinformacja wpłynie na ważne wydarzenia publiczne. To nie jest poboczny problem wizerunkowy; to jest grunt, po którym marka idzie boso.
I właśnie dlatego po fazie technologicznego upojenia marki zaczną szukać nie kolejnych automatyzacji, lecz miejsc, w których człowiek znowu może być człowiekiem: nie wygenerowaną odpowiedzią, nie wygładzonym awatarem, nie sekwencją skryptów, tylko żywym punktem styku, który działa jak poręcz na śliskich schodach — nie zastępuje drogi, ale sprawia, że można przejść ją bez lęku.
Dla osób prowadzących biznesy usługowe to jest wiadomość dobra, wręcz strategicznie wyzwalająca, bo oznacza, że nie musicie wygrywać z AI szybkością; musicie wygrywać trafnością, wyczuciem i tym osobliwym, trudnym do skopiowania połączeniem empatii z diagnozą.
Najpierw jednak trzeba nazwać nową prawdę o marketingu bez pudru: społeczność staje się fosą, czyli tą częścią bizne