Dzień Dziecka to dobra okazja, żeby przypomnieć, że nasze potomstwo ma prawo
do beztroskiej zabawy. Nienaznaczonej żadnym interesem, swobodnej, nieokiełznanej i niematerialnej. Bezinteresownej i niekontrolowanej, a nawet bezcelowej i bezproduktywnej. To tak ważne w dobie, kiedy każdy skrawek życia
i czasu są zaplanowane, każda przestrzeń jest czyjaś i po coś. Panuje powszechna kalkulacja i monetyzacja. A przecież zabawa jest podstawowym, naturalnym prawem dzieci, nawet formalnie: taki zapis znajduje się w konwencji o prawach dziecka, ratyfikowanej przez Polskę w latach 90. Czy w czasach dobrobytu, komercjalizacji, globalizacji, nieskończonych możliwości, propagandy sukcesu i wyścigu PKB czasem o tym nie zapominamy?
Znajoma, mieszkająca w Wilanowie, opowiadała mi, że w szkole jej dziecka rodzice zapisują pociechy na bardzo wiele zajęć pozalekcyjnych. Ona też lubi mieć grafik dzieci i swój zapełniony. W zależności od sezonu jej dzieci mają narty, tenis, golf, basen etc. Ale nawet dla niej przykład 10-letniego chłopca z ich szkoły, który musi chodzić na język chiński w soboty rano, to zbyt wiele. Są granice.
Mój syn od najmłodszych lat stawiał swoje. Nie chciał się zapisywać na zajęcia dodatkowe, już jako maluch na gordonkach szukał drzwi i odmawiał śpiewania pod dyktando. – Spróbuj – namawialiśmy z mężem – jak ci się nie spodoba, to zrezygnujemy. Na naukę pływania chodził przez kilka semestrów, szybko się nauczył i potem protestował, że już nie chce, bo przecież nauczył się pływać; w końcu ulegliśmy. Z piłką nożną było podobnie. Po roku powiedział dobitne „dość”. To nic, że koledzy grają dalej. On już nie chce z trenerem, jedynie swobodnie na boisku. Zawsze twardo bronił sobót. Do południa mają być wolne. „Nic nie planujcie. To jest mój czas. Chcę pobyć w domu”. To żywe, bardzo ruchliwe dziecko nie lubi zorganizowanych zajęć, tego, że ktoś mu narzuca, co i jak robić. Lubi uprawiać sporty, ale tylko wtedy, kiedy sam ma na nie ochotę, i nie w sformalizowany sposób. A najbardziej kocha samodzielnie wymyślać zabawy z kolegami i koleżankami.
Ale gotowe place zabaw też są atrakcją. Od małego wspinał się na najwyższe pająki, przyprawiając o palpitację serca swoje babcie. U mnie miał kredyt zaufania. Zasada była jedna: nie pomagam, sam wchodzi i schodzi, wie, czym grozi wspinanie się wysoko. To najostrożniejsze dziecko, jakie znam. Zna swoje możliwości, potrafi określić ryzyko. Nigdy nie miał wypadku. Myślę, że dałam mu cenną rzecz – moje zaufanie.
O dzikim placu zabaw piszemy w dzisiejszych „WO”. Zazdroszczę go mieszkańcom Lublina. Dzieciaki same strugają miecze z patyków, same decydują, czym i jak będą się bawić. Dorośli nie mają tu wstępu. I bardzo dobrze! Bo to ich lęki najczęściej powodują, że dochodzi do wypadków. Mój syn byłby w raju.
Swobodna zabawa jest demokratyczna, nie wymaga wielkich pieniędzy. Patykiem, kamykiem, piaskiem – pozwólmy dzieciom beztrosko się bawić. To najlepszy prezent każdego dnia. Zaufajmy im.
Jeśli interesują cię tematy skupione wokół dzieci, zapisz się na nasz newsletter Być rodzicem - to cotygodniowa porcja ciekawych tekstów o rodzicielstwie
https://wyborcza.pl/0,166389,25019838.html