Amerykańscy żołnierze w Polsce. Czy wszystko jest pod kontrolą?
– Otrzymałem zapewnienie, że te decyzje mają charakter logistyczny i nie wpłyną bezpośrednio na możliwości odstraszania i nasze bezpieczeństwo – oświadczył w piątek premier Donald Tusk. W ten sposób skomentował kolejne informacje medialne dotyczące decyzji Pete’a Hegsetha o zatrzymaniu części amerykańskich żołnierzy, którzy mieli trafić do Polski.
– Polska była, jest i będzie najbardziej stabilnym, najbardziej lojalnym i skutecznym sojusznikiem zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i innych państw natowskich i jestem przekonany, że będziemy mogli liczyć dziś i w przyszłości także w tej sprawie na wzajemność – podkreślał premier.
I nie jest to malowanie trawy na zielono. Wiemy bowiem, że nawet część Pentagonu była zaskoczona decyzją, jaką podjął sekretarz wojny Hegseth. Nie zmienia to jednak – jak potwierdzają rozmówcy „Rzeczpospolitej” – strategicznego zaangażowania Amerykanów w Polsce. W naszym kraju pozostaje wciąż kilka miejsc, kluczowych dla amerykańskiej obecności – od Redzikowa, przez Łask, Powidz po Bemowo Piskie i Orzysz, łącznie z dowództwem w Poznaniu. Nie ma żadnych sygnałów, dotyczących zmiany planów w tym zakresie.
Pamiętać należy, że Amerykanie w Polsce są na zasadzie stałej rotacyjnej obecności. To oznacza, że w ramach zarówno dwustronnych umów, jak i ustaleń na poziomie NATO, grupy przyjeżdżają do Polski i wracają do USA. Dlatego liczba Amerykanów fluktuuje.
Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanie naciskają na Europę, by sama się mocniej zaangażowała w obronę. To odbywa się w ramach koncepcji NATO 3.0, w której Amerykanie rozpościerają nad nami parasol atomowy i zobowiązują się wesprzeć nas w przypadkach krytycznych, natomiast domagają się, byśmy sami (głównie Polska i Niemcy) szybko zwiększyli armie konwencjonalne, które przejmą na siebie ciężar odstraszania potencjalnych agresorów. A uwolnione wojska konwencjonalne – a przynajmniej ich część – Amerykanie wyślą w inne rejony świata. Słynny pivot na Azję zaczął się już w czasach Obamy. Ale Europa długo uważała, że będzie po staremu. Wiele wskazuje, że właśnie Donald Trump postanowił nas postawić przed faktem dokonanym.