Dzień dobry,
zwycięstwo Pétera Magyara i jego partii TISZA w wyborach na Węgrzech to najlepsza polityczna wiadomość tego roku. Na euforię jednak zbyt wcześnie. Rosja poniosła klęskę, ale nie załamuje rąk i już szuka następcy Orbána w Unii Europejskiej -
ostrzega Iwan Prieobrażenski, rosyjski politolog i publicysta.
Lista potencjalnych chętnych wcale nie jest aż tak mała. Zaraz po wyborach palce do góry, niczym wzorowy uczeń, podniósł Zoran Stevanović, lider słoweńskiej populistycznej partii Pravda i przewodniczący słoweńskiego parlamentu. Kreml nawet nie musiał zapraszać go na kawior i szampana -
chęć przyjazdu zgłosił sam, publicznie.
Rosjanie mogą liczyć na Roberta Ficę, choć jego rola nie jest w Unii tak istotna jak Orbána. Na pewno z uwagą przypatrują się nadchodzącym wyborom w Bułgarii, Francji i Włoszech. Wszędzie tam o władzę walczą politycy, którzy chcą ułożyć się z Rosją.
Rosja, tracąc Orbána, straciła ambasadora w Brukseli. To wspaniała wiadomość, ale nie powinna ona usypiać czujności Brukseli. Przeciwnie, moment oddechu pozwala na dyskusję, dlaczego z tak wielu krajów unijnych dobiegają sygnały niezadowolenia i pogróżki, bo tak trzeba czytać serwilistyczną politykę wobec Kremla.
Mimo że Rosja nie załamuje rąk, to Bruksela ma w końcu szansę zaczerpnąć powietrza i przejść do politycznej ofensywy.