Kocham moich rodaków, chociaż doprowadzają mnie do cholery - mawiał nasz nieodżałowany prof. Władysław Bartoszewski. Pod tą sentencją podpisałoby się zapewne wielu z Państwa. I wszyscy wiemy dlaczego.
Ale przychodzi dzień, gdy patrzymy na siebie z nieukrywanym podziwem i mówimy do siebie: zrobiliśmy to, daliśmy radę.
Takim dniem jest finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
To już jutro.
Pamiętam pierwsze finały Orkiestry w latach 90. Zadziwiało mnie to, że w biednym kraju, jakim była ówczesna Polska, ludzi było stać na bezinteresowność i hojność. 34 lata później Polska stała się zamożniejsza,
ale problem niedofinansowania służby zdrowia pozostał - choć mamy świadomość, że dotyczy on każdego kraju - a my jesteśmy hojni dalej.
Od początku nie wszystkim się to podobało - no bo jak to mówić młodym ludziom „róbta co chceta” - i nie podoba się dalej. Choć w tym roku hejt na Jerzego Owsiaka nie płynie przynajmniej tak szeroko oficjalnymi kanałami. Ale to marne pocieszenie, bo na platformach społecznościowych od nienawistnych przekazów aż się roi. Wierzę, że większość to dzieło rosyjskich botów. W Moskwie przyglądają nam się uważnie, wiedzą, o co się kłócimy i co nas jako społeczeństwo wzmacnia, i to biorą na cel.
Jutro w „Wyborczej” od świtu będziemy relacjonować finał WOŚP.
Serdecznie zachęcam Państwa do udziału w naszych orkiestrowych licytacjach. Pozwolę sobie na reklamę: aukcja wspólnego lotu moim dronem przebiła poziom 5 tys. zł. Patrzę na licznik i nie mogę wyjść ze zdumienia…
Ale może uzbieramy więcej?