Dzień dobry,
Jim Jarmusch pewnie nie zapisałby się do żadnego newslettera - chyba że w pakiecie dodawaliby kawę i chwilę ciszy. Kino amerykańskiego reżysera uczy bowiem czegoś, co w pędzącym świecie rolek i internetowych nagłówków staje się towarem deficytowym: uważności. W "Patersonie" japoński poeta mówi, że poezja w tłumaczeniu jest jak branie prysznica w płaszczu przeciwdeszczowym - coś czujemy, ale nigdy w pełni. Z wiadomościami bywa podobnie - docierają do nas warstwami, przefiltrowane przez nagłówki, skróty i pośpiech. Nie mogę obiecać, że ten newsletter będzie jak zdjęcie płaszcza, ale spróbuję zachęcić Państwa, by choć na chwilę zwolnić i - przy
jarmushowej kawie - z uwagą zanurzyć w naszych artykułach.
Na początek - rozmowa z mistrzem.
Jim Jarmush opowiada Krzysztofowi Kwiatkowskiemu o najnowszym filmie, nagrodzonym Złotym Lwem w Wenecji "Father Mother Sister Brother". Spogląda też na całą swoją twórczość i dzieli się refleksją, że najtrudniej zrobić film lekki - ów banał codzienności wznieść do poziomu poezji.
Do klasyki polskiej kinematografii nawiązuje z kolei prezes PiS. Choć trzeba przyznać, robi to nieświadomie. Szukając świeżego wiatru dla wyborczej ofensywy, Jarosław Kaczyński trafił na bałtycką plażę w pobliżu Choczewa, na której chce zbudować pełnomorski port. O tym, że
nowy infrastrukturalny pomysł partii z Nowogrodzkiej jest kosztownym "Misiem", przekonuje redaktor Krzysztof Katka.
Wracamy do Polski. Sprawa zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Zientary mogłaby stać się kanwą niejednego kryminału. Morderstwo z 1992 roku nadal spowija mgła tajemnicy. Czy do śmierci Zientary mogły przyczynić się służby specjalne?
Odpowiedzi w udostępnionych po latach aktach ABW szuka redaktor Piotr Żytnicki.
Filmowy newsletter kończymy na lotnisku. Linie lotnicze, mimo że mają nad sobą bacik unijnych regulacji, nadal wobec pasażerów przyjmują postawę
barejowskiego wykidajły. Ostatni przykład - Ryanair. Żółto-niebieski przewoźnik zaklina się, że overbookingu nie robi. No co to, to nie on. A jednak
pasażerowie usłyszeli, że ze względu na sprzedaż większej liczby biletów niż miejsc, z Malty do Wrocławia się nie dostaną. I jeszcze, że to ich wina.
Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam pan zrobi?